|



| Opowieści starego garnka |
|
Stoję teraz w muzealnej gablocie i podziwiają mnie
zwiedzający. Nie powiem. Nawet mi się to podoba. Czuję
się ważny i potrzebny, ale to już nie to co niegdyś. Jestem przecież
garnkiem i powinienem służyć do gotowania. Czasem jest mi
więc żal, ale tłumaczę sobie, że jestem po prostu garnkiem na
emeryturze i nadaję się tylko do oglądania. A jednak szkoda, że
nikt nie interesuje się tym co mam do powiedzenia. Przecież ja
tyle widziałem i słyszałem w swoim długim życiu. Jeżeli więc
macie chwilę czasu to może posłuchacie mojej opowieści: Bardzo dawno temu, kiedy jeszcze nie było tego muzeum i tego miasta zrobił mnie z gliny stary garncarz i pięknie ozdobił wyrytym na mojej skorupie ornamentem. Musiałem się podobać bo kupiła mnie młoda gospodyni. Nazywała się Agata i była żoną dowódcy wojowników w wielkim grodzie Głogowie. Mieszkałem w ich domu położonym wewnątrz wałów grodu. Nie był to duży dom. Drewniany i niezgrabny, wcale nie podobny do tego pięknego muzeum. Właściwie to składał się tylko z jednej izby i sieni. Nie miał również okien i trochę światła dostawało się do niego otworem w dachu przez który uchodził dym. W kącie izby było palenisko, a nad nim, na żelaznym trójnogu zawieszała mnie gospodyni. W kącie izby było wielkie posłanie, a przy ścianach drewniane ławy. Początkowo służyłem do gotowania mleka, a później Agata stwierdziła, że mam grube dno i można we mnie gotować kaszę, bo się nie przypala. Bardzo to lubiłem, a szczególnie te chwile kiedy cała rodzina zasiadała nad miską kaszy smakowicie przyprawioną skwarkami ze smażonego boczku. Czuję, że i wam ślinka cieknie. Muszę też powiedzieć, że oprócz Agaty i jej męża Mściwoja w chacie mieszkało jeszcze czworo ich dzieci: dwie córki i dwóch synów. No i trochę różnych zwierząt gospodarskich oraz pies i dwa koty. Bardzo tam było wesoło. Tyle krzyku i wrzawy. Figlowali i hałasowali przez cały dzień. Zawsze się bałem, że mnie rozbiją, tak bardzo dokazywali, ale Agata nie dała mi zrobić krzywdy. Byłem przecież ogromnie potrzebny. Tak żyliśmy spokojnie i szczęśliwie w starym grodzie. Nasłuchałem się też różnych opowieści, a najbardziej lubiłem słuchać, jak stary Mściwoj opowiadał swoim synom o słynnej obronie Głogowa przed wojskami cesarza Henryka. Nie często się to zdarzało bo Mściwoj nie był rozmowny, można nawet powiedzieć, że się rzadko odzywał. Ale czasami, w niedzielne wieczory, kiedy obszedł już wały grodu i sprawdził rozstawione straże, zasiadał przy ogniu z garncem grzanego piwa w ręku i wtedy zaczynał swoją opowieść, którą obaj jego synowie słuchali z otwartymi ustami. Był jeszcze małym chłopcem, kiedy oddziały niemieckie obiegły gród. Kasztelan Wojsław zawarł wówczas z cesarzem Henrykiem układ na podstawie którego ten zgodził się na rozejm i na to, żeby Polacy wysłali posłów do księcia Bolesława z zapytaniem, czy mają się poddać, czy też bronić. Cesarz zażądał jednak zakładników jako gwarancji, że w czasie rozejmu Polacy nie zaatakują nagle jego wojsk i Wojsław na to przystał. Wysłał też w charakterze zakładników swojego syna i dzieci kilku innych znaczniejszych grodzian, a w tej liczbie również Mściwoja, który jeszcze był małym chłopcem. Książę Bolesław zabronił jednak poddania grodu, a cesarz wbrew umowie nie zwrócił zakładników, tylko kazał ich przywiązać do machin oblężniczych w przekonaniu, że grodzianie nie będą strzelać do własnych synów i poddadzą gród. Mściwej opowiadał jak złapało go dwóch krzepkich pachołków, którzy mocnymi sznurami przywiązali go za ręce i nogi do belek wieży oblężniczej. Ogromnie się bał. Nie chciał umierać. Na dworze świeciło słonko a życie wydawało mu się takie piękne. Ukryci za wieżą rycerze powoli przysuwali ją do wałów grodu. Mściwoj widział z góry jak grodzianie szykują się do obrony. Zaczęły świstać strzały wypuszczane z łuków. Kamienie wyrzucane z machin spadały na obrońców, a w odwecie Polacy staczali z wałów wielkie kłody drewna, lali wrzącą wodę i roztopioną smołę. Wojownicy niemieccy pięli się po przystawionych drabinach na wały, a obrońcy długimi drągami próbowali ich odrzucić i połamać drabiny. W pewnej chwili strzała wypuszczona przez jednego z Polaków ugodziła go w prawy bok. Mściwoj poczuł piekący ból i zemdlał. Kiedy się ocknął był już we własnym domu, a jego matka opatrywała mu ranę i pochylała się nad nim z płaczem. Ojciec opowiadał mu później, że obrońców, kiedy zobaczyli własne dzieci przywiązane do wież oblężniczych, ogarnęła straszna złość. Nie bacząc na ogromne niebezpieczeństwo wypadli zza wałów i odbili tych zakładników, którzy jeszcze żyli, a wieże spalili. Podobno Niemcy byli tak zaskoczeni tym szaleńczym wypadem, że uciekli z pola walki i dopiero następnego dnia przypuścili kolejny szturm. Ponawiali go jeszcze wielokrotnie w następnych dniach, ale bezskutecznie. Głogowa nie zdobyli. Zrozumieli, że obrońcy nie oddadzą grodu łatwo i stracili serce do walki. Co innego gdyby można bezpiecznie zabijać, gwałcić i rabować, ale ginąć w tym strasznym, obcym kraju tylko dla dogodzenia ambicji młodego cesarza Henryka nie chcieli. Odstąpili więc od grodu i poszli dalej. ![]() Tak jednak już jest na tym świecie, że żaden stan, nawet ten najlepszy i najprzyjemniejszy nie trwa wiecznie, a po okresie spokoju zwykle następuje wojna tym gwałtowniejsza i okrutniejsza czym dłużej trwał pokój. Tak też stało się i tym razem. Początkowo nic nie zwiastowało niebezpieczeństwa. Doszły wprawdzie do Głogowian wieści o śmierci cesarza Konrada i objęciu tronu przez Fryderyka, zwanego Rudobrodym, ale nie przywiązywano do nich większej wagi. Cesarz był przecież tak daleko. Dzieliła go od nich nieprzebyta puszcza i wielkie, a zdradliwe moczary. Czegóż on zresztą mógł szukać w głogowskim grodzie, gdzie nie było ani wielkich skarbów, ani cennego oręża. Jedynie ludzie bitni i pracowici... Nawet więc kiedy wędrowni żebracy zaczynali mówić o tym, że nad niemiecką granicą gromadzą się w wielkiej liczbie zakuci w żelazo rycerze, a sam cesarz wraz z księciem Władysławem lada dzień do nich przybędzie, nie niepokojono się zbytnio. Ostatecznie Władysław był ich przyrodzonym panem, którego znali i przecież nie pozwoli uczynić krzywdy swoim poddanym. Nadal więc gród był spokojny, jedynie Mściwoj chodził zatroskany i klął pod nosem. Całe też dnie spędzał na wałach narzekając, że czas i deszcze poczyniły w nich liczne wyrwy, że nie są dostatecznie opatrzone i zdało by się wiele w nich naprawić. Ale roboty szły ospale, ludzie nie przykładali się do nich, wymigiwali się innymi zajęciami. Nie chcieli wozić ziemi, drewna i układać kamieni. Nie można było zmusić młodzieży do ćwiczeń w strzelaniu z łuków i robieniu mieczem. Mściwoj był coraz bardziej niespokojny bo i u kasztelana nie znajdował zrozumienia - ten bardziej się interesował młodą żoną niż obroną grodu. W domu też nie układało się najlepiej. Obaj synowie Mściwoja, którzy wyrośli nad miarę swoich kilkunastu lat, gwałtem domagali się od ojca aby ich przyjął do drużyny. W końcu on sam widząc, że nie utrzyma ich w domu i bojąc się, że mu po prostu uciekną, zaczął zabierać ich z sobą. Agata strasznie krzyczała i rozpaczała, że jej dzieci wywiedzie na zatracenie i nie chciała słuchać Mściwoja, kiedy jej tłumaczył, że tak przynajmniej ma na nich oko i w razie czego może zdoła uchronić od najgorszego niebezpieczeństwa. W spokojnym i cichym domu zaczynało być coraz gorzej. Jego mieszkańcy stali się opryskliwi i niechętni sobie. Ale stopniowo wszystko się uspokoiło. Niemcy jakoś nie nadchodzili, a życie biegło nadal swoim torem. Nagle jednak nastąpiło to czego tak bardzo bała się gospodyni. Kiedyś o świcie posłyszałem straszne krzyki i łoskot. Mściwoj i jego synowie wypadli z chaty ledwo zdążywszy chwycić za broń. Agata przygarnęła córki do siebie i schowała się w najbardziej ciemnym kącie. Potem był jeszcze większy łoskot i jeszcze straszniejszy krzyk. Słychać było tętent koni, biegnących ludzi, szczęk oręża, krzyki i jęki mordowanych. Raptem wyważono drzwi i do domu wpadło kilku napastników. Jeden z nich uderzył Agatę mieczem w głowę. Co zrobili jej córkom o tym nawet wolę nie mówić, a potem również je zabili. Zanim wypadli z chaty porwali płonące szczapy z paleniska i rzucili je na posłanie. Wszystko ogarnęły płomienie. Na mnie zaczął sypać się popiół. Potem już nic nie widziałem, bo już coraz większa warstwa popiołu, nadpalonych belek i ziemi mnie przykrywała. Przeleżałem w głębi ziemi bardzo wiele lat. Widocznie tego miejsca nie odbudowywano, może uczyniono na nim śmietnisko, bo nikt mnie nie wydobył na powierzchnię. Gdzieś na górze ludzie rodzili się i umierali, toczyły się wojny, bez których oni nigdy nie potrafili się obejść, a ja sobie leżałem w ziemi. Pogrzebacz, który leżał obok mnie strasznie się martwił, płakał i w końcu od łez zjadła go rdza. To samo się stało z porzuconym nożem jednego z napastników. Ja jednak byłem spokojny. Mogłem przecież czekać. Skoro wypalony zostałem z gliny tak długo dopóki byłem cały nic mi nie mogło grozić. I doczekałem się. Pewnego razu posłyszałem nad sobą jakieś odgłosy. Ktoś powoli i ostrożnie rozgrzebał ziemię i wydobył mnie na powierzchnię. Jakiś brodaty mężczyzna w śmiesznym stroju (potem dowiedziałem się, że był archeologiem), ostrożnie omiótł mnie miotełką i obejrzał ze wszystkich stron. Potem powiedział coś, co mnie bardzo zabolało. Aż wstyd powtórzyć. Powiedział że może jestem unie... unietycki. Coś podobnego? Jak można mnie tak obrażać. Ja jestem porządnym garnkiem do gotowania kaszy, a nie unie... Nawet wymówić nie podobna. Gdyby to posłyszała Agata to już ten łobuz miałby się z pyszna. Ani chybi dostałby kijem po głowie. Teraz stoję sobie spokojnie w pięknej gablocie i służę do oglądania. Trochę się nudzę, bo niby z kim mam rozmawiać. Z tymi skorupami co leżą koło mnie? Przecież porządnemu garnkowi nie wypada zadawać się z takimi odpadkami ze śmietnika. Ale się nie martwię. Ja dobrze wiem, że ci głupi ludzie długo tak nie wytrzymają. Znowu coś ich napadnie, zaczną się zabijać i niszczyć to co sami w ogromnym trudzie zbudowali. A ja sobie na to wszystko popatrzę. Byle by mnie nie potłukli to może kiedyś znowu znajdę się w jakiejś chacie i gospodyni będzie we mnie gotować kaszę. To właśnie lubiłem najbardziej.
|
| Spisek |
|
Wczesnym rankiem pewnego grudniowego dnia 1633 roku
zbliżał się do Głogowa oddział jeźdźców. Na jego czele
jechał cesarski generał Jan Maciej hrabia Gallas. Z daleka już
musiał dojrzeć niedawno wzniesione umocnienia twierdzy, wały
i szańce uformowane w regularne wielokąty, stojące na nich
działa i przechadzających się strażników. Normalnie jego myśli
zaprzątały by tak ważne sprawy jak ustalenia wysokości
kontrybucji, którą nałoży na miasto oraz jakich podarków zażąda
przy tym dla siebie, a także czy znajdzie naprawdę ładną
dziewczynę, która umili mu najbliższe noce i trunki godne jego
podniebienia. Tym razem jednak generał jechał zasępiony i po
raz kolejny rozważał powstałą sytuację. Decyzją którą miał
podjąć była bardzo ryzykowna. Szczerze mówiąc groziła nie
tylko utratą honoru (o to znowu generał tak bardzo nie dbał), ale
wszystkiego co zdołał dotychczas osiągnąć: stanowiska, majątku,
a może nawet głowy, a to były już sprawy poważne. Trudno
podjąć taką decyzję, tylko że dalsze zwlekanie było równie
niebezpieczne. Trzeba więc było wybierać. Aby zrozumieć co wydarzyło się w Głogowie i jakie problemy musiał rozstrzygnąć generał Gallas musimy jednak cofnąć się nieco w czasie. Był to już piętnasty rok wojny trzydziestoletniej, w której wzięła udział prawie cała Europa. Była to wojna krwawa i okrutna, ale zarazem dosyć dziwna, inna niż poprzednie. Walczyły ze sobą ogromne zaciężne armie, ale równocześnie ci sami zwerbowani za pieniądze żołnierze coraz mniej chętnie się bili, a z coraz większym zapałem rabowali i niszczyli mienie bezbronnej ludności. Nie były to już czasy, w których wojsko żywiło się upolowaną w lasach zwierzyną. Utrzymanie ogromnych armii obciążało więc przede wszystkim ludność krajów walczących. Trzeba było dostarczyć pożywienia i trunków, ubrania i obuwia, koni i uzbrojenia. Oficerowie stali się przedsiębiorcami zarabiającymi na wojnie, a fortuny generałów zależały w coraz większej mierze od tego czy potrafią we właściwym czasie zaoferować swoje usługi nie tylko temu, kto mógł więcej zapłacić, ale również temu kto miał większą szansę zwyciężyć. Składano jeszcze wprawdzie uroczyste przysięgi i wiele mówiono o honorze, ale przecież ten, który przegrywał zawsze okazywał się w końcu zdrajcą i uzurpatorem i złożone mu przysięgi nikogo nie obowiązywały. Na początku 1633r. dowódcą wszystkich wojsk cesarskich był Albrecht Wacław Euzebiusz Wallenstein, książę Frydlandu, Meklemburgii, Żagania i Głogowa. Zawdzięczał swoją błyskotliwą karierę niewątpliwie ogromnym zdolnościom, przebiegłości, przedsiębiorczości i... bezwzględności. Syn ubogiego szlachcica, sierota od dwunastego roku życia, po krótkiej nauce w Ołomuńcu, Złotoryi i Frankfurcie, gdzie zresztą głównie zajmował się pijatyką i burdami ulicznymi, wraz z podobnymi sobie młodymi ludźmi, zaciągnął się na wojnę przeciwko Turkom. Został nawet przez stany czeskie mianowany pułkownikiem. Potem zdradził swoich czeskich "pracodawców" i przeszedł na stronę cesarza. Od tego czasu jego kariera toczyła się szybko, a wraz z nią rosła sława i ogromna fortuna, zdobywana drogą łupiestwa, skupywania za bezcen majątków, a nawet fałszowania monety i innych brudnych interesów. Wzbogaciwszy się, wystawił własnym kosztem ogromną armię i został naczelnym wodzem wojsk cesarskich. Jego znaczenie (i dochody) sięgnęły szczytu. Rychło jednak okazało się, że przysparza mu to wielu wrogów wśród otaczających cesarza dworaków. W 1630r. otrzymał dymisję aby po roku znowu stanąć na czele armii. Powrócił jako triumfator, jako niezastąpiony organizator i wódz, ale ciągle nosił w sobie poczucie krzywdy związane z poprzednią dymisją. Jego pozycja zdawała się być większą od cesarskiej. Chwilami czuł się od niego niezależny. Zaczął pertraktować ze Szwedami i Sasami. Czy to była tylko zdrada? Czy też może marzyła mu się korona cesarska? Któż to wie? Książę nie zwykł nikomu zdradzać swoich zamiarów. Latem 1633r. Wallenstein rozpoczął wyprawę na Śląsk. Jego czterdziestotysięczna armia walczyła z wojskami saskimi, brandenburskimi i szwedzkimi. A właściwie to nie walczyła. Obie armie stały naprzeciw siebie i ich dowódcy prowadzili nie kończące się rokowania. Pomimo coraz większego zdenerwowania dworu wiedeńskiego Wallenstein nie wykorzystywał dogodnych sytuacji militarnych. W końcu cała wyprawa skończyła się mizernym zwycięstwem polegającym na odebraniu Szwedom Ścinawy. Również podjęta przez niego wyprawa do Bawarii zakończyła się niepowodzeniem. Był to już zresztą koniec listopada, a w tamtych czasach w zimie nie walczono. W grudniu Wallenstein wrócił z wojskiem do Pilzna i zatrzymał się tutaj na zimowy postój. Był bardzo ciężko chory na podagrę, której wówczas nie umiano skutecznie leczyć. Cierpiał straszliwe bóle nóg i nie podnosił się z łoża. Chmury gniewu gromadziły się na niego na dworze cesarskim i coraz częściej padało słowo "zdrada". Jego własne wojska były coraz mniej pewne, a plany przejścia do obozu przeciwnika ciągle nie mogły się skonkretyzować. W tej grze nie dowierzał nikt i nikomu. Ciężkie więc myśli musiały trapić generała Gallasa, kiedy na polecenie Wallensteina udawał się do Głogowa. Księciu zawdzięczał wszystko: generalski stopień, hrabiowski tytuł i majątek. Ale książę był już ciężko chory, a w dodatku pozostawał w sporze z cesarzem. A jeżeli w tej grze zwycięży cesarz? Może trzeba będzie zaczynać od początku, cesarza w rękę całować i znienawidzonych dworaków o protekcję prosić, aby raczyli zapomnieć z kim wiązał przez lata swe losy. A wdzięczność za dobrodziejstwa? Nie, takie uczucia obce były zarówno księciu jak i jego generałowi. Tutaj liczyła się tylko siła, przebiegłość i zdolność przewidywania. Ale jeżeli, jak już tyle razy przedtem, wygra Wallenstein. Wszakże tenże Wallenstein w Pilznie zwierzył się jego przyjacielowi Piccolominiemu z niektórych swoich planów. Część Śląska miał odstąpić królowi polskiemu, aby mu nie przeszkadzał, a księstwo żagańskie i głogowskie miał otrzymać on, hrabia Gallas. Zaiste, zawrotna to kariera dla kogoś, kto zaczynał służbę jako prosty żołnierz. Tylko że Wallenstein był chory i coraz bardziej słaby, a jego przeciwnicy coraz silniejsi. W Głogowie trzeba jednak było najpierw zająć się zwykłymi sprawami związanymi z zakwaterowaniem żołnierzy, inspekcją rozlokowanych w okolicach oddziałów i rozbudową umocnień twierdzy, a także dyskretnie wybadać nastroje miejscowych oficerów, l.stycznia.1634r. do miasta przybył Piccolomini. W głogowskim zamku rozpoczęły się rozmowy obu generałów. Znali się obaj doskonale i chyba dlatego nie bardzo sobie ufali. Na żądanie Gallasa w rozmowach wziął udział jeszcze jeden generał Collorado - Waldsee, co zresztą wcale nie ułatwiło zawarcia porozumienia, bo nie toczyły się już one w cztery oczy i żaden ze spiskowców nie mógł już liczyć na to, że uda mu się później wyprzeć tego co powiedział. Potem do miasta przybył jeszcze wysłannik cesarza generał Paul Andreas Wolkenstein, którego zadaniem było zbadanie lojalności Gallasa wobec cesarza. Tego jednak do poufnych rozmów nie dopuszczono, ale już sam jego przyjazd był dla spiskowców sygnałem, że sytuacja na dworze dojrzewa do rozstrzygnięcia. Jednak rozmowy ciągle jeszcze były trudne. Spiskowców mógł łączyć tylko interes. Innych powodów nie było. A Wallenstein ciągle jeszcze mógł zwyciężyć, albo... jak to już było wiele razy, pogodzić się z cesarzem. Wtedy ich sytuacja była by nie do pozazdroszczenia. ![]()
- Panowie, książę jest ciężko chory i dalej wojny prowadzić nie
może. Jego bezczynność jest groźna dla nas wszystkich. Trzeba
podjąć radykalną decyzję.
Rozmowy potoczyły się raźno. Ostatecznie uzgodniono
stanowisko. W wypadku otwartego konfliktu Wallensteina
z cesarzem spiskowcy udzielą swojego poparcia cesarzowi. Uznali
również, że we właściwym momencie trzeba będzie przyśpieszyć
bieg wypadków składając cesarzowi odpowiednie doniesienie
na księcia. Z tym nie było problemów, postępowanie księcia
wprost podsuwało odpowiednie argumenty. Już w połowie
stycznia zręcznie napisał go, specjalista od takich spraw -
Piccolomini.
|